Rozdział 5

piątek, 19.sierpnia.2011, 13:58

 


5.Wywiad


Drzwi dziurawego kotła otworzyły się z trzaskiem.
Do środka weszła młoda dziewczyna, a wraz z nią powiew zimnego powietrza i wirujące płatki śniegu. Otrzepała płaszcz, poprawiła opadające jej na twarz ciemne włosy, uśmiechnęła się na powitanie do barmana i rozglądnęła po sali.
Johnson spojrzał w stronę krążącej między stolikami kelnerki, która widząc jego wzrok zerknęła w stronę drzwi i kiwnęła głową.
Podniósł się z krzesła, poprawił szatę, przeczesał dłonią włosy i zbliżył się do nowoprzybyłej.
-Sophie Vein, zgadza się?
Dziewczyna na jego widok rozpromieniła się. Podała mu rękę.
-Owszem. A pan to…
-Mam nadzieję, że wybaczy mi pani tą nieuprzejmość, ale wolałbym nie ujawniać swojego imienia i nazwiska.- Uśmiechnął się przepraszająco.
Zbiło ją to z tropu. Zmarszczyła brwi, a w jej oczach dostrzegł dziwny blask, coś jakby połączenie zawodowej fascynacji, dziecięcej ciekawości, zadowolenia, ale i odrobiny niepewności. Spodobało mu się to.
-Na użytek naszej rozmowy może pani do mnie mówić… weźmy na przykład John- zaproponował.
-Skoro pan sobie tego życzy…
Zaprowadził ją do swojego stojącego w rogu stolika, zasłoniętego i odosobnionego od reszty, by nikt im nie przeszkadzał.
-Długo pani pracuje jako dziennikarka?- zagadnął, pijąc przyniesioną im przez Alex kawę i obserwując jak Sophie wyciąga z torby wszystkie swoje przybory i rozkłada je na stole.
Zarumieniła się nieznacznie.
-Trochę zbyt krótko.
-I, jak się domyślam, liczy pani na to, że ten wywiad pomoże w pani karierze, prawda?- zgadnął.
Przerwała penetrowanie swojej torby, uniosła głowę i spojrzała mu głęboko w oczy. Milczeli przez chwilę, przyglądając się sobie nawzajem.
-Bardzo możliwe- powiedziała w końcu.
-Czyli rozumiem, że wykorzystuje mnie teraz pani, do swoich egoistycznych celów- ciągnął dalej, wciąż z wyrazem życzliwości na twarzy, niezmiernie ciekaw jej reakcji.
Nie odpowiedziała. Wydawało mu się, że jego ton i mina, jakby nie miał do niej o to pretensji, zbiły ją z pantałyku. Bawiło go to. A ona… zdawała się być idealnym obiektem. Fascynowała go.
Widział, że próbowała grać twardą, pewną siebie i silną kobietę. Poza z jaką siedziała, wyprostowana, z uniesioną głową, mina, pełna skupienia, pewności, powagi, ta uderzająca zaciętość i odwaga w oczach, jakby rzucała wyzwanie. Tak, z pewnością chciała uchodzić za kogoś, z kim trzeba się liczyć. I nie miał wątpliwości co do tego, że jest inaczej, jednak czuł, że ta siedząca przed nim dziewczyna to jest prawdziwa Sophie Vein.
-To by się nawet dobrze składało. Bo ja robię z panią dokładnie to samo.
Chciał sprawdzić jej reakcję. Czy się oburzy, podejdzie do tego na poważnie, zacznie wypytywać, a może tylko go wyśmieje?
Milczała jeszcze przez długą chwilę nie odrywając oczu od jego twarzy, jakby próbując coś wyczytać. Bawiła się w psychologa, chciała go przejrzeć. No, śmiało, próbuj, pomyślał. Na pewno nie była tak dobra jak on. Był tylko ciekaw co sobie w tej chwili myśli i jakie wnioski wyciąga.
Czekał, aż to ona przerwie ciszę. I odezwała się w końcu:
- Skoro wszystko jest już jasne, to może zabierzemy się do roboty?

 


 




 


-Pani Minister… Wzywała mnie pani?
Kobieta stojąca pośrodku gabinetu odwróciła się i spojrzała zamyślonym wzrokiem na przybysza.
Była kobietą w podeszłym już wieku, zapewne już matką dorosłych dzieci, jeśli nie nawet czyjąś babcią. Jej średniej długości włosy, w celu nadania jej wyglądowi powagi spięte w ciasnego koka, już dawno utraciły swój kolor. Twarz przeoraną miała licznymi zmarszczkami, szare, bystre oczy były podkrążone, a zamiast ust pozostała jedynie cienka linia. Wydawała się czymś niezwykle zmęczona, jakby miała za sobą wyjątkowo ciężki dzień.
-Tak, mój drogi. Usiądź.- Wskazała mu stojące przed biurkiem krzesło. Sama zasiadła po drugiej stronie.- Chciałam z tobą porozmawiać o… ostatnich wydarzeniach.
Przez twarz mężczyzny przebiegł cień, jakby właśnie tego tematu się obawiał.
-Bo widzisz…- zaczęła znowu.- Jestem już stara. Nie przerywaj- uciszyła go, bo już otwierał usta by zaprzeczyć.- Jestem stara i nie ma co ukrywać. Taka jest już kolej rzeczy. Jestem stara, wyczerpana już tym wszystkim i swoje w życiu przepracowałam. Dlatego poważnie rozważam kwestię…- Zamknęła oczy, jakby bała się wypowiadanych przez nią samą słów- …kwestię poddania się do dymisji.
-Ale… Jak… Teraz? Właśnie teraz? Kiedy…
-Tak.- Spojrzała rozmówcy z powagą w oczy.-  Właśnie teraz nasz świat potrzebuje ministra, który będzie w stanie uporać się z tym całym bałaganem. W naszym świecie dzieją się rzeczy, z którymi nie tak łatwo sobie poradzić. Oboje to wiemy. A będzie jeszcze gorzej.
-Ale pani Minister…
-Już niedługo. Powtarzam ci, a ty kiedyś wspomnisz moje słowa. Będzie gorzej. Dużo gorzej.
Tak, Milicenta Bagnold nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.




Uchylił okno w samochodzie i z niemałym trudem, wśród wirujących płatków śniegu dostrzegł tabliczkę z nazwą ulicy.
-To tu- mruknął do swojego towarzysza, siedzącego na siedzeniu obok. Chłopak kiwnął głową.
Ruszył, wypatrując na ścianach budynków numerów domów.
9, 10, 11, 12… 13.
Zatrzymał się na podjeździe i jeszcze raz upewnił się, że jest to dom ze zgłodzenia, które otrzymali kilkadziesiąt minut wcześniej.
-Wygląda w porządku- mruknął Daniel, wysiadając z samochodu.
Billie prychnął cicho. Chłopak był jeszcze młody, świeżo upieczony policjant, głupi i niedoświadczony.
-Duża część domów, do których otrzymujemy zgłoszenia, jest ,,w porządku”. A skoro sąsiedzi słyszeli wrzaski kobiety, to można wnioskować, że nie wszystko jest tak dobrze, jak wygląda.
Ruszył po oblodzonym chodniku do bramki prowadzącej na posesję. Wcisnął kilkakrotnie domofon, ale kiedy ten uparcie milczał, Billie zręcznie przeskoczył ogrodzenie i kiwnął na Daniela.
Nie czekając na niego skierował się do drzwi i przycisnął dzwonek. Odczekał minutę i zadzwonił ponownie. 
Przycisnął ucho do drzwi, ale nie słyszał żadnego dźwięku.
Zapukał energicznie.
Dalej nic.
-Wchodzimy?- zapytał Daniel, nie kryjąc entuzjazmu.
-Wchodzimy.
Cofnął się parę kroków, ruszył biegiem i uderzył całym ciałem w drzwi. Wciąż jednak pozostawały zamknięte. Spróbował drugi raz i trzeci. Trzymały się coraz słabiej.
-Mogę ja spróbować?- zaproponował Daniel, a kiedy uzyskał zgodę z całym impetem kopnął w drzwi. 
Uległy.
Trzymając broń w pogotowiu Billie wszedł do środka. 
W domu nadal panowała cisza. 
Zaglądając do wszystkich pokoi po drodze dotarli wreszcie do salonu. Nie był pusty.
Daniel wciągnął ze świstem powietrze.
Na podłodze spoczywało ciało młodej kobiety. Jej twarz była zastygła w wyrazie przerażenia.




 


-To może zacznijmy od początku- zaproponowała Sophie. Mężczyzna skinął głową.- Ustalmy. Reprezentuje pan tutaj…
-Bez ,,pan”. John wystarczy.
-Dobrze, nie ci będzie. A więc reprezentujesz tutaj dzisiaj grupę niejakich śmierciożerców. Zgadza się?
Przytaknął.
-Powiedz mi, kim jesteście i czym tak właściwie się zajmujecie?
-Otóż…- Johnson odchrząknął- Jesteśmy organizacją, jeśli można w ogóle użyć w naszym przypadku takiego słowa, której przyświeca głównie idea walki o przyszłe losy naszego świata, walki o to, aby zapewnić czarodziejom byt, na jaki zasługują.
-Co przez to rozumiesz?
-Po pierwsze i najważniejsze to wyprowadzić nas z ukrycia. Od zawsze chowamy się przed nie magiczną częścią ludzi, choć tak naprawdę niewielu widzi w tym jakikolwiek sens. Nie powinniśmy dawać się tłamsić, podporządkowywać naszego świata mugolom, bo tak w rzeczywistości to nam należą się rządy, które teraz oni sprawują.
-Mocne słowa. Dobrze rozumiem, uznajesz wyższość czarodziejów nad mugolami, tak?
-Oczywiście. Tak samo, zresztą, jak większość, tylko nie wszyscy mają odwagę się do tego przyznać.
-Mógłbyś więc wytłumaczyć czytelnikom, tym, którzy jeszcze tego nie rozumieją, na czym polega ta nasza ,,lepszość”?
-To bardzo proste. My, czarodzieje, jesteśmy rasą lepszą, doskonałą, mamy to wszystko co należy. Natomiast mugole to rasa wybrakowana, ułomna, pozbawiona mocy, a co za tym idzie i słaba, żyjąca tylko dzięki nieudolnym próbom zastępowania sobie magii, pragnąca być taka jak my. A kto z nas chciałby być mugolem? Nikt. Dalej. Spójrz na to co umiemy, możemy tak naprawdę wszystko. A co mogą mugole? Nic.
Sophie siedziała, pozwalając by jej magiczne pióro notowało każde jego słowo i obserwowała go ze zdumieniem. Mówił z ogromnym przekonaniem, jakby gotów był wręcz oddać za to życie, a w jego ciemnych oczach palił się ogień.
-Jaki jest wasz plan? Jak chcecie doprowadzić do uwolnienia czarodziejów? I co byłoby dalej z mugolami?- odezwała się w końcu, próbując otrząsnąć się z dziwnego wrażenia, jakie zrobił na niej John.
-Wyplewić chwasty. Oczywiście…- opamiętał się- …nie dosłownie. Na tym etapie naszej działalności chcemy dotrzeć do jak największej grupy osób, które poprą nasze stanowisko. Im więcej nas będzie, tym większe będą szanse na podjęcie jakichkolwiek decyzji i działań, mających na celu zmienienie panującej sytuacji. Dopiero kiedy społeczność czarodziejska opowie się po którejś ze stron będzie można sprecyzować jakie będą to decyzje.
-A co będzie, jeśli społeczność czarodziejska całkowicie odrzuci wasz pomysł?
-No, cóż… Wtedy zaczniemy się martwić co dalej, jednakże będzie to tylko dowód na nasze stwierdzenia.
-Dowód na co?
-Na to, że mugole czują się pewnie i wydaje im się, że mają prawo do ingerowania w nasz świat. Już teraz to się dzieje. Weźmy, na przykład, kwestię mieszanych małżeństw, gdzie jedno z partnerów jest czarodziejem, a drugie jest niemagiczne.
-Co jest w tym złego?
-Takie działanie, tylko i wyłącznie osłabia rasę czarodziejską. Nie powinniśmy pozwalać, aby szlam plugawił naszą czystą, magiczną krew.
Poczuła niechęć, do niego, do tych ,,jego” ludzi, do całej tej idei. Sama przecież pochodziła z rodziny mugolskiej, bolało ją więc to, że on traktuje ich jak chorych, których najlepiej się pozbyć, by nie zarażali reszty zdrowego społeczeństwa.
-Czy osoby będące czarodziejami, ale pochodzące z rodziny mugolskiej powinny się czymś martwić, gdyby udało się wam zrealizować wasz plan?
-Najpierw trzeba ustalić, że osoby pochodzące z rodzin mugolskich, nie posiadające żadnych magicznych przodków, nie powinny być uznawane za czarodziejów. I, owszem, traktowane byłyby one inaczej niż zwykli mugole, jednakże ich życie również uległoby zmianie.
-Z takim podejście ciężko będzie wam przekonać ludzi. Wielu czarodziejów ma rodzinę lub znajomych będących mugolami.
-Wciąż jednak pozostaje ta zdrowa i właściwa większość.
-Zdrowa?
-Jakiekolwiek bliższe stosunki z mugolami są niepoprawne i niezdrowe. I powinno się położyć im kres.
-Powiedziałeś, że pozostaje ,,większość”. Mógłbyś wyjawić mi jak liczne jest wasze ugrupowanie?
-Niestety jest to informacja, której nie mogę udzielić.
-No, właśnie. Skąd ta cała konspiracja? Domyślam się, że nazwisk innych członków również nie mógłbyś mi wyjawić, jak swojego.
-To prawda. Staramy się utrzymywać pewne rzeczy w tajemnicy. Po prostu, dla bezpieczeństwa.
-To jak do was trafić? Co ma zrobić osoba, która chciałaby stać się jednym z was?
-Wystarczy chcieć. My, prędzej czy później do takiej osoby dotrzemy, jeśli będziemy zainteresowani posiadaniem jej w swoich szeregach.
-Mam rozumieć, że następuje jakaś selekcja?
-No… można tak to ująć, ale nic więcej nie mogę na ten temat powiedzieć.
-To może teraz przejdźmy do kwestii, która i mnie, i czytelników, chyba najbardziej interesuje.
Teraz to on przyjrzał jej się uważnie.
-Co z tymi morderstwami?

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Wykonała Tentou Rei. Chcesz jeden? Zamów na Goodies | All rights reserved!!!